HFM

artykulylista3

 

Calvin Harris - Funk Wav Bounces Vol. 1

cd102017 014

Sony Music 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3 

Szkot Calvin Harris naprawdę nazywa się Adam Richard Wiles i trudno zrozumieć, dlaczego dla potrzeb kariery scenicznej postanowił zrezygnować z tak dobrze brzmiącego nazwiska. Debiutował jako didżej i w tej roli nadal dobrze się sprawdza. Podobno jest jednym z najlepiej zarabiających przedstawicieli tej profesji. Mimo to kilka lat temu zdecydował się rozszerzyć swoje artystyczne działania o występy wokalne i instrumentalne. Śpiewa od roku 2002, a pięć lat później zadebiutował albumem „I Created Disco”. Jego płyty reprezentują różny poziom artystyczny. Najnowsza perłą nie jest. Na szczęście, Harris otoczył się utalentowanymi współpracownikami, którzy uatrakcyjnili repertuar. Są wśród nich m.in. Schoolboy Q, Pharrell Williams, Snoop Dogg, a także Ariana Grande, John Legend i Katy Perry, a więc wyjątkowo gwiazdorskie towarzystwo. Pod względem stylistycznym przeważa funk i hip-hop, a w warstwie wokalnej króluje rap. Miejscami, jak w przeboju „Feels”, pojawia się rytm ska. Podobne brzmienia dominują od paru lat w radiu. Harris, z pomocą innych autorów, ułożył wszystkie melodie i gra na gitarach, klawiszach oraz perkusyjnych syntezatorach.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

Ayreon - The Source

cd102017 015

Mascot Label Group 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3 

Na scenie metalu progresywnego Arjen Anthony Lucassen jawił się zawsze jako ostoja tradycji. Jego wielopłytowe albumy koncepcyjne, na których gościnnie występowało wielu najlepszych wokalistów gatunku, oraz niezwykle bogate aranżacje porywały nawet najbardziej konserwatywnych fanów progresywy. „The Source” z pewnością nie będzie wyjątkiem. Trzymanie się tradycji ma jednak swoje minusy. O ile gitary akustyczne, flet i skrzypce dobrze pasowały choćby do historii o kupcu w Indiach („The Diary”), to już bunt maszyn i kolonizacja przestrzeni kosmicznej aż się proszą o kilka bardziej nowoczesnych wstawek. Wprawdzie w przypadku albumów Ayreona mieszanie tematyki science-fiction oraz folku nie jest niczym nowym, jednak po ponad dwudziestu latach od debiutu przydałoby się popchnąć muzykę nieco do przodu. Obiektywnie trzeba przyznać, że i kompozycje, i wykonanie stoją na najwyższym poziomie. Całość brzmi bogato, lecz tym razem ciężar kompozycji nie spoczywa na ozdobnikach. Twórcy skupili się bardziej na zagrywkach gitarowych, co zaowocowało wieloma fantastycznymi riffami. Najnowsze dzieło Ayreona to świetna płyta. Przeszkadza jedynie względny brak nowości.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

Septicflesh - Codex Omega

cd102017 001

Season of Mist 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3 

Połączenie brzmień symfonicznych z death metalem bywa mocno niedoceniane, choć może dawać niesamowite rezultaty. Potęga orkiestry sprawia, że ekstremalne gatunki metalu są w stanie uderzyć odbiorców o wiele skuteczniej, niż byłoby to możliwe wyłącznie za pomocą konwencjonalnych środków wyrazu. Grupa Septicflesh doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dzięki czemu jej najnowszy album dosłownie zmiata słuchaczy z powierzchni ziemi. Wiele bandów, łącząc tak odległe światy, nie jest w stanie do końca ich ze sobą zespolić. W tym przypadku nie ma jednak mowy o niedociągnięciach. Pisząc utwory, zespół uczynił elementy symfoniczne samym rdzeniem kompozycji, wokół którego obraca się całość. Co ciekawe, udało się to osiągnąć bez choćby najmniejszego złagodzenia brutalności konwencji. Wprawdzie słychać sporo spokojniejszych momentów, ale służą one głównie budowaniu napięcia. Dzięki nim ze zdwojoną siłą odczuwamy furię gitar, perkusyjny grad czy energię growli. Te odczucia potęguje jeszcze nagranie, pozbawione niepotrzebnej kompresji. „Codex Omega” to niesamowite przeżycie, które na pewno docenią zwolennicy mocnych wrażeń.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

SikTh - The Future in Whose Eyes?

cd102017 003

Peaceville 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3 

Po niedawnym króciutkim, lecz udanym powrocie EP-ką „Opacities”, SikTh postanowili nagrać pierwszy po długiej przerwie album długogrający. Niestety, choć dzięki temu zespół dał fanom dokładnie to, czego oczekiwali, to większy format okazał się dla niego kulą u nogi. „The Future in Whose Eyes?” ma tyle samo treści co jego poprzednik, który jednak był krótszy o prawie dwadzieścia minut. Album wydaje się przez to sztucznie rozwleczony. Muzycy zbyt długo zatrzymują się na pewnych motywach, a niektóre fragmenty wydają się jedynie niezbyt przemyślanymi zapychaczami, mającymi odwlec pojawienie się kolejnej interesującej bądź niekonwencjonalnej zagrywki. Nie można jednak powiedzieć, że brakuje im pomysłów. SikTh wspinają się na wyżyny zarówno umiejętności wykonawczych, jak i kreatywności. Różnorodne wokale, rozległe, synkopowane riffy gitarowe, wyraźna, niesztampowa linia basu czy gwałtowne zmiany nastroju goszczą na każdym utworze. Bywają jednak przerywane niezbyt ciekawymi refrenami lub niepotrzebnymi powtórzeniami. Gdyby wycięto kilka fragmentów i podano tę samą treść w bardziej skondensowanej formie, powstałby wybitny album.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

Accept - The Rise of Chaos

cd102017 010

Nuclear Blast 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3 

Wydaną w 2010 roku płytą „Blood OfThe Nations” Accept podbił scenę tradycyjnegoheavy metalu. Zespół wracałwtedy po 14 latach milczenia i choć prezentowałte same pomysły, to jednak nowoczesnaoprawa pozwoliła zachowaćświeżość znanej od dawna formuły.Niestety, z każdym kolejnym wydawnictwemuczucie to zanikało, a jedynymargumentem, przemawiającym za istnieniemgrupy, stawała się nostalgia fanów.Na „The Rise of Chaos” słychać jużwyraźnie zmęczenie materiału. Panowiedają nam do zrozumienia, że nawet niemyślą, by kogokolwiek czymkolwiek zaskoczyć.Cały problem albumu najlepiejobrazuje utwór „Analog Man”. Wokalistanarzeka w nim na postęp technologiczny,za którym nie jest w stanienadążyć.Z jednej strony, starzy fani, oczekującykolejnej porcji oldskulowego heavymetalu, nie będą zawiedzeni – w końcumuzycy świetnie opanowali tę działkę.Technicznie też jest to solidny materiał.Sęk w tym, że zabrakło nowych pomysłów.Mimo to wszyscy, dla których trzymaniesię status quo jest zaletą, powinnisięgnąć po tę płytę.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 10/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

 

Mew - Visuals

cd07082017 003

Pias 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

„Visuals” to już siódmy krążek w dorobku duńskiego zespołu. Pierwsze nagranie zapowiada fantastyczne wrażenia. Słychać w nim melodyjne skrzypce i stonowaną gitarę akustyczną. Następnie pojawia się klimatyczny, ciepły głos wokalisty. Gdyby zawartość płyty rozwijała się w tym kierunku, mógłby to być udany krążek. Niestety, w połowie piosenki czar pryska. Wchodząca perkusja zbyt mocno kontrastuje z subtelnym początkiem. Wstęp do drugiego utworu kojarzy się z dokonaniami Genesis z czasów albumu „And Then There Were Three”. Syntezatory ostro sobie poczynają na tle dynamicznej sekcji rytmicznej. Znajdujemy się w klimatach progresywnego rocka. Tyle że po chwili do energetycznego podkładu znów dołączają melodyjne głosy, które słyszeliśmy wcześniej w kompozycji otwierającej album. Są tutaj niczym z innego świata. Pasują bardziej do grup America czy nawet The Beach Boys (zwłaszcza w zamykającym krążek nagraniu „Carry Me To Safety”) niż do muzyki spod znaku Phila Collinsa, Yes albo Marillion. Mew to, owszem, muzyka progresywna, tyle że nie rockowa, lecz popularna. Istnieje nawet określający ją termin: „progresywny pop”, choć niewiele zespołów tworzy w tym stylu. Jeśli jednak ktoś lubi połączenie melodyjnych wokali, rodem z lekkiego rocka przełomu lat 60. i 70. XX wieku, z dynamicznymi syntezatorami na tle mocnej sekcji rytmicznej, to „Visuals” powinno mu przypaść do gustu.

 

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 07-08/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF