HFM

artykulylista3

 

Roger Waters - Is This The Life We Really Want?

cd092017 001

Columbia 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3
 

Rogera Watersa stracili już nadzieję na jego kolejną płytę z premierowym repertuarem. Ale jest! Gdyby nie teksty, odnoszące się do aktualnych problemów, trudno byłoby uwierzyć w przerwę dzielącą oba wydawnictwa. Waters nie ulega modom. Charakterystycznym głosem, z właściwymi sobie złością i żalem, cedzi teksty, manifestując niezgodę na realia świata, którym rządzą niewłaściwi ludzie i w którym obawa przed tym, co przyniesie jutro, stała się codziennością. Mimo że w nagraniach wzięło udział trzech znakomitych gitarzystów, nie znajdziemy tu solówek czy nawet istotnych partii gitar. Stanowią oni jedynie uzupełnienie, dyskretnie zaznaczając swą obecność w tle. W wersji winylowej 54-minutowy program rozłożono na dwie krótkie płyty, odtwarzane z prędkością 33 1/3 obr./min, spakowane w rozkładaną okładkę typu gatefold. Widoczne odbarwienia na powierzchni krążków nie wróżyły nic dobrego. Po opuszczeniu ramienia okazało się jednak, że płyty brzmią przyzwoicie. Szeroka baza stereofoniczna pozwala się cieszyć przestrzennymi efektami (rozmieszczone w różnych obszarach dźwięki tykających zegarów, urywane i zapętlone wypowiedzi, rozległe orkiestrowe tło). Ciepły szum, słyszalny w wyciszonych fragmentach, pozostaje wolny od trzasków i zakłóceń. Wobec rozmachu i brzmieniowej błyskotliwości, znanych z kanonicznych „Dark Side Of The Moon” czy „The Wall”, nowe dzieło współtwórcy tych albumów może robić wrażenie skromnego. Mimo to „Is This The Life We Really Want?” pełen jest rozmaitych ornamentów, najlepiej słyszanych właśnie z winylu. Do płyt analogowych dołączono kupon z jednorazowym kodem, umożliwiającym pobranie materiału w wersji cyfrowej.

Robert Ratajczak
Źródło: HFiM 09/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Kreator - Gods of Violence

cd092017 022

Nuclear Blast 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3
 

Thrash metal nie jest gatunkiem, w którym innowacje pojawiają się jak grzyby po deszczu. W takich okolicznościach zespoły, które wypracowały indywidualny styl, są na wagę złota. Do tej grupy niewątpliwie należy Kreator. O ile ostatnio Amerykanie z Death Angel czy Testament udowodnili, że z konwencji da się jeszcze sporo wycisnąć, o tyle zespół zza naszej zachodniej granicy pokazuje, ile można zyskać, odchodząc od schematów. „Gods of Violence” to kolejny krok w stronę melodyjności power metalu. Wokale wciąż mają pazur, a sekcja rytmiczna potrafi potężnie uderzyć, ale już riffy gitarowe zaskakują wyraźnie zarysowanymi melodiami, wpadającymi w ucho motywami i porywającymi partiami solo. Ten album to prawdziwa kopalnia wspaniałych zagrywek. Praktycznie w każdym utworze pojawia się kilka zapadających w pamięć motywów, dzięki którym do płyty ciągle chce się wracać. Cieszą także drobne wstawki orkiestrowe, które przyjemnie urozmaicają brzmienie i dodają mu rozmachu. Słychać, że Kreator nie wychodzi z formy. Jego najnowsze wydawnictwo można śmiało uznać za jedno z najlepszych dokonań zespołu.

Karol Wunsch
Źródło: HFiM 09/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Rhiannon Giddens - Freedom Highway

cd092017 023

Nonesuch 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3
 

Rhiannon Giddens zasłynęła jako członkini country-bluesowej formacji Carolina Chocolate Drops. Od kilku lat tworzy i nagrywa samodzielnie. „Freedom Highway” to jej drugi krążek solowy. Mimo że piosenkarka postanowiła zakosztować kariery solistki, nie odeszła zbyt daleko od folkowych korzeni. Nadal pociągają ją rozległe przestrzenie i wiejskie krajobrazy. W otwierającym „Freedom Highway” utworze Giddens śpiewa, że można jej odebrać wszystko, ale nie duszę. Jest też o wolności, ziemi obiecanej i oczywiście o relacjach z mężczyznami. „Hej, kochanie, przegoniłeś ode mnie bluesa” – skarży się w utworze „Hey Bébé”, po czym zalotnie wyznaje: „Uwielbiam z Tobą tańczyć”. W śpiewaniu na tradycyjną folkową nutę Giddens pomagają typowe dla tego stylu instrumenty. Mamy więc bandżo, mandolinę i gdzieniegdzie skrzypce. Jest też czasami bliższa rockowi sekcja rytmiczna, której blasku dodają dynamiczne, jak na folk, dęciaki. Repertuar okazuje się odległy od tanecznej sieczki, często prezentowanej w radiu. Piosenki po pierwszym przesłuchaniu może nie zachwycają, ale przy drugim zaczynają wciągać.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 09/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Depeche Mode - Spirit

cd092017 021

Venusnote 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k3
 

Po twórczość Depeche Mode sięgam rzadko. Znam jednak niemal na pamięć liczne utwory zespołu, z uwagi na sporą popularność, jaką się cieszy w rozgłośniach radiowych. Najnowsza propozycja angielskich mistrzów elektronicznego popu wpisuje się w styl lansowany do tej pory. Nadal słyszymy muzyków, którzy – jak można sądzić po specyficznym sposobie interpretacji – mają o sobie wyjątkowo wysokie mniemanie. Widać to również na zdjęciu okładkowym. „Patrz na nas i podziwiaj” – wydają się mówić do melomanów. A podziwiać specjalnie nie ma czego. Wszystko, co słyszymy na „Spirit”, było już wcześniej. Z innymi melodiami i tekstami, ale brzmienie pozostało podobne. Nadal jednak brakuje mi w tym wszystkim duszy. Ot, rockowa muzyka dla mas od wprawnych, choć niezbyt wyrafinowanych twórców. Nie twierdzę, że w programie nie znajdziemy kawałków, na których można zawiesić ucho. Balladowy „The Worst Crime” rozpoczyna ładna gitara; „Cover Me” również ma zgrabny początek. Nawet głos wokalisty nie brzmi w nim przesadnie pretensjonalnie, jak to czasami bywa. W „Eternal” grupa po raz kolejny uderza w melancholijną nutę. No cóż, czas leci. Może członkowie Depeche Mode poczuli, że sześćdziesiątka coraz bliżej?

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 09/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Dreamcar - Dreamcar

cd092017 017

Columbia Records 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Za sprawą płyty „Dreamcar” możemy sobie przypomnieć, do jakich rytmów tańczyło się w latach 80. XX wieku. Choć może nie o same rytmy chodzi, ale o aranżację, przypominającą dokonania Duran Duran, OMD czy Ultravox. To najsłynniejsi przedstawiciele synth- -popu, który królował na listach przebojów ponad 30 lat temu. Tyle że w przeciwieństwie do wymienionych zespołów z Wielkiej Brytanii, Dreamcar powstał w Los Angeles. Amerykańska formacja uchodzi za supergrupę, bo trzej jej członkowie (Tom Dumont, Tony Kanal i Adrian Young) są równocześnie związani z popularnym zespołem No Doubt. Tylko Davey Havok ma inny rodowód. Śpiewał w rockowych bandach AFI i XTRMST; może się też pochwalić stażem w elektronicznej formacji Blaqk Audio. Dreamcar do synth-popu nawiązuje bardzo wyraźnie. Oznacza to, że w twórczości zespołu dominują dyskotekowe kawałki z atrakcyjnie zaaranżowanymi męskimi wokalami, bogato zdobione instrumentalną elektroniką. Na pewno nie jest to nic odkrywczego, ale można posłuchać.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 09/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Jonny Lang - Signs

cd092017 019

Mascot Music 2017

Muzyka: k4
Realizacja: k4
 

Na „Signs” Jonny Lang daje się poznać melomanom z drapieżnej strony. Dynamiczne kawałki tym razem dominują, a dźwięk gitary poddano elektronicznej obróbce, co dodaje mu pazura. Również partie wokalne mają metalowo-grunge’owy charakter. Zdarza się, że Lang balansuje w nich na granicy krzyku. Mimo że na wcześniejszych płytach nie brakowało energii, to tu jest jej zdecydowanie więcej. Ale obok repertuaru dynamicznego, słyszymy również Langa takiego, jakiego od 22 lat dobrze znamy. Nagranie „Snakes” przypomina zaś twórczość Toma Waitsa. Muzyk debiutował w 1995 roku albumem „Smokin’”, jeszcze pod szyldem Kid Jonny Lang & The Big Bang. Miał wówczas zaledwie 14 lat. Od tamtej pory nagrał siedem płyt studyjnych i dorósł. Omawiany longplay ukazał się cztery lata po poprzednim krążku – „Fight For My Soul” i pewnie stąd istotne zmiany w stylistyce. Na „Signs” nie znajdziemy tak wielu ballad, a nastrój łagodnieje dopiero pod koniec płyty. Przy trzech ostatnich utworach można się zrelaksować, jeśli komuś nie przeszkodzi fuzzowa gitara w „Wisdom”. Fantastycznie brzmi refren w finałowym „Singing Songs”.

Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 09/2017

Pobierz ten artykuł jako PDF