HFM

artykulylista3

 

Jan Ptaszyn Wróblewski - Generał polskiego jazzu

74-76 06 2010 01Jan Ptaszyn Wróblewski to jedna z najbarwniejszych postaci w polskiej muzyce. Niezrównany gawędziarz, nazywany generałem polskiego jazzu, charyzmatyczny radiowiec, wnikliwy i kompetentny recenzent, świetny saksofonista, odkrywca młodych talentów, aranżer, dyrygent, kompozytor, bez cienia przesady – człowiek instytucja. I przy tych wszystkich przymiotach – skromny, otwarty i pełen humoru.

Przyszedł na świat 27 marca 1936 roku w Kaliszu. Jego ojciec był znanym w Wielkopolsce prawnikiem. Rodzinie Wróblewskich powodziło się świetnie. Mały Janek i jego starszy brat Andrzej mieli opiekunkę Adę, która odegrała ważną rolę w ich życiu. To ona wzięła na siebie większość obowiązków związanych z wychowaniem chłopców i była dla nich prawdziwym autorytetem.
Kiedy przyszła wojna, losy rodziny spoczęły jednak w rękach babki – Józefy. W tym trudnym czasie wykazała najwięcej sprytu i determinacji. Już po ewakuacji do Warszawy (Kalisz został wcielony do Rzeszy i wszystkich Polaków z niego wysiedlono) zajęła się handlem. Biznes polegał głównie na przywożeniu z okolicznych wsi wędlin, śmietany oraz innych artykułów spożywczych i sprzedawaniu ich ze sporym zyskiem w małym sklepiku. Józefa okazała się niezwykle obrotną i nieustraszoną kobietą. Jeśli ktoś oglądał „Zakazane piosenki”, doskonale wie, jak ten proceder wyglądał i czym w czasie okupacji groził.


Kiedy pewnego dnia niemal cudem uniknęła śmierci w wysadzonej kolejce, postanowiła przenieść się dalej od centrum. Okazja nadarzyła się wkrótce – znajomy Żyd przeczuwał, że w niedługim czasie zostanie wraz z rodziną wysiedlony i przekazał jej klucze do swojego mieszkania koło Wyścigów. Wróblewscy mieli przypilnować mieszkania pod nieobecność właścicieli. Niestety, ci, podobnie jak tysiące innych, trafili do obozów zagłady i zginęli.
Po wojnie mieszkanie na Mokotowie zajęła władza ludowa, a rodzina naszego saksofonisty wróciła do Kalisza.
Szkolnym kolegą Jana Ptaszyna Wróblewskiego był Jan Zylber – późniejszy znakomity perkusista, poseł do sejmu RP I kadencji, członek Pagartu, impresario wielu gwiazd polskiej sceny. Chłopcy słuchali namiętnie Radia Luxemburg i innych anglojęzycznych rozgłośni. Mały Janek pilnie uczył się angielskiego w tajemnicy przed ojcem, który nie aprobował jego muzycznych zainteresowań. Kiedy jednak usłyszał syna grającego trochę nieporadnie na pianinie melodie z radia, złamał się i nawet opłacił mu nauczycielkę gry.
Młodzi adepci jazzu często wówczas odwiedzali lokal „Na Pięterku”, gdzie występował kwartet jazzowy pod kierownictwem popularnego w Kaliszu Romana Koło. Można tam było w przerwach pograć na fortepianie i pokazać swoje umiejętności. Po kilku takich „występach” Jan wpadł w oko panu Koło, do tego stopnia, że ten zaprosił go do swojego zespołu (często zapraszał młodych amatorów, wiedząc, że to najlepszy sposób na zdobycie sobie rokującej nadzieje młodej kadry). Wkrótce powstał też jego pierwszy własny zespół, który występował na szkolnych potańcówkach. Na perkusji grał w nim starszy brat Jana – Andrzej.
Młodemu miłośnikowi jazzu udało się przekonać ojca, by pozwolił mu kontynuować naukę w szkole muzycznej. Musiał wybrać dwa instrumenty. Pierwszym był fortepian, drugim – klarnet. Nauczyciel miał niewielkie pojęcie o grze na klarnecie; jego specjalnością był flet, ale ten instrument w kaliskiej szkole został już obsadzony, wobec tego przydzielono mu klarnet, choć trudno o mniej podobne do siebie instrumenty. Mimo to czegoś się jednak nauczył – podobnie jak sam nauczyciel.
Po roku nauki dostał list od Zylbera, który studiował wówczas w Poznaniu i zachwalał mu bogate życie muzyczne w tym mieście. Według jego słów na każdym niemal rogu były kluby, w których grało się jazz, o pracę muzyka było łatwo, a przed zdolnymi kariera stała otworem.
Janek szybko spakował manatki i wyjechał do stolicy Wielkopolski. Już pierwszego wieczoru przyjaciel zaprowadził go do kawiarni „Teatralna”, gdzie usłyszał szczupłego, delikatnego blondyna, którego gra zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Na pytanie: – Kto to jest? – usłyszał: – Krzysztof Trzciński.
Jakiś czas później dwaj bracia Wróblewscy wybrali się wspólnie na koncert zespołu „Melomani” w Warszawie. W składzie grupy był wówczas Krzysztof Komeda Trzciński. Po koncercie wspólnie wracali pociągiem do Poznania. Po spędzonej na rozmowach o muzyce nocy dwaj młodzi ludzie postanowili założyć własny zespół grający modern jazz („Melomani” dzielili czas między jazz tradycyjny i nowoczesny).

74-76 06 2010 02     74-76 06 2010 03     74-76 06 2010 05

W ten sposób doszło do powstania pierwszej polskiej formacji grającej modern jazz z prawdziwego zdarzenia – Sekstetu Komedy. W skład zespołu weszli: Komeda, Jerzy Milian, Stanisław Pludra, Józef Stolarz, Jan Wróblewski i Jan Zylber. Występ tej grupy na I Sopockim Festiwalu Jazzowym w 1956 roku został uznany za rewelację, a z perspektywy czasu – swoistą cezurę w historii polskiego jazzu. Jan grał wówczas na klarnecie i saksofonie barytonowym (zapłacili za niego wszyscy członkowie Sekstetu, a Ptaszyn spłacał go później przez pół roku).
W 1957 odbył się drugi i ostatni w Sopocie festiwal jazzowy (później imprezę przeniesiono do Warszawy i nadano jej nazwę Jazz Jamboree). Wystąpił na nim również, rzecz jasna, Sekstet Komedy. Tym razem zaproponował muzykę wyrafinowaną, z bogatymi aranżacjami, wysmakowaną i bogatą formalnie. Po raz kolejny muzycy odnieśli sukces, choć ich propozycja nie była wówczas łatwa do zaakceptowania dla szerokiej publiczności.
Pod koniec 1957 roku miasto postanowiło uczcić sukces Komedy i zamówiło dla zespołu instrumenty. Niestety, oczekiwany baryton nie dotarł, a zamiast niego dostarczono saksofon tenorowy. Okazało się, że jest wręcz stworzony dla Ptaszyna – odtąd stanie się jego podstawowym instrumentem, a na barytonie będzie grywał jedynie okazjonalnie.
Kolejny rok przyniósł wydarzenie, o jakim marzy każdy prawdziwy jazzman – wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Nim jednak do niego doszło, nasz bohater wszedł w skład kolejnej ważnej formacji Komedy – Jazz Believers. Jak na ówczesne polskie warunki była to prawdziwa supergrupa. Obok Komedy i Wróblewskiego tworzyli ją: Andrzej Trzaskowski, Roman Dyląg i Zylber. Wkrótce potem słynny amerykański impresario – George Wein – postanowił sformować międzynarodową orkiestrę International Newport Band. Z Polski wytypowano Ptaszyna (ponoć zadecydował fakt, że doskonale czytał nuty, co nie było wówczas w naszym środowisku jazzowym powszechne). Z tą orkiestrą Jan wystąpił na Newport Jazz Festival (bodaj najsłynniejszym amerykańskim festiwalu jazzowym), a gościnnie zagrał z nimi sam Louis Armstrong.
International Newport Band koncertował też w Europie, m.in. w Brukseli na Expo ’58, obok takich gwiazd, jak Sara Vaughan, Sidney Bechet i inni. Materiał nagrany w czasie tej trasy ukazał się na płycie Columbii.
Po powrocie do kraju Wróblewski stanął na czele zreorganizowanych Jazz Believers. Zamiast Kurylewicza i Dyląga w zespole pojawili się Wojciech Karolak na saksofonie i Jan Byrczek na basie. Nowemu zespołowi starał się narzucić gorące, amerykańskie brzmienie, które usłyszał w Stanach. Rozpoczął się okres niebywałej aktywności twórczej Ptaszyna. Co prawda Jazz Believers już w następnym roku zostali rozwiązani, ale Wróblewski założył kwintet m.in. z Jerzym Milianem na wibrafonie. Równolegle współpracował z grupą Andrzeja Kurylewicza. Grał w radiowym zespole rozrywkowym – All Stars Swingtecie i jeszcze kilku formacjach. Coraz więcej komponował. Ujawnił się także jego talent aranżerski.
W 1962 roku nagrał pierwszy polski longplay jazzowy „Go Right” z zespołem Kurylewicza. W tym samym roku nawiązał ostatnią, jak się okazało, współpracę z Komedą. Wraz z jego nową formacją (obok Komedy i Ptaszyna zagrali w niej: Roman „Gucio” Dyląg – kontrabas i Rune Carlsson – perkusja) wyjechał do Szwecji i Danii. Trasa zakończyła się sukcesem, a jej dopełnieniem stało się nagranie płyty „Ballet Etudes” (gościnnie na trąbce zagrał Allan Botschinsky). To była dojrzała, komedowska muzyka, melancholijna i niedopowiedziana, a jednocześnie przesycona słowiańską, chopinowską tradycją. Muzyka, która – dzięki współpracy z Romanem Polańskim – doprowadziła do hollywoodzkiego sukcesu Trzcińskiego.
W 1963 powstał jeden z najsłynniejszych zespołów Ptaszyna – Polish Jazz Quartet. To właściwie kwintet Kurylewicza, tyle że bez lidera (grupa miała wyjechać na festiwal do Francji, ale Kurylewicz nie dostał wizy). Z tą formacją odbył trasę po Europie.
W 1966 roku, po rozwiązaniu Polish Jazz Quartetu, Wróblewski wrócił do Kalisza. Jego aktywność jako saksofonisty w tym okresie nie była wielka, natomiast dużo komponował i aranżował. Próbował także sił w roli dyrygenta.
W następnym roku powstało Studio Jazzowe Polskiego Radia. Projekt ten istniał prawie 10 lat i nagrał dla PR blisko 200 utworów. Akompaniował także licznym solistom. Występował na wielu liczących się festiwalach w Europie. Grali i śpiewali z nim prawie wszyscy najważniejsi polscy muzycy ze Zbigniewem Namysłowskim, Tomaszem Stańką, Zbigniewem Seifertem, Januszem Muniakiem, Michałem Urbaniakiem, Urszulą Dudziak i Andrzejem Zauchą na czele. Studio gościło także zagraniczne sławy, takie jak Hank Mobley czy Nathan Davis. Muzycznie prezentowało bardzo szerokie spektrum, nie unikając nawet jazzowej awangardy. Jako aranżer i kompozytor Ptaszyn współpracował także z Orkiestrą Flamandzkiego Radia w Brukseli.
W latach 70. obok poważnych projektów z czołowymi jazzmanami (m.in. znakomity Mainstream) Ptaszyn powoływał do życia zespoły podchodzące do muzyki w sposób prześmiewczy i żartobliwy. Z tego nurtu bodaj najsłynniejsze było Stowarzyszenie Popierania Prawdziwej Twórczości „Chałturnik” – formacja nawiązująca do swingu, ale traktująca jazzową tradycję z lekką kpiną. Mając obok siebie fantastycznego saksofonistę Janusza Muniaka, mógł parodiować rozmaite triki rozrywkowych muzyków.
Obok tej, jak by nie patrzeć, stricte jazzowej działalności pojawiały się bardziej ambitne, orkiestrowe kompozycje, m.in. „Wariant warszawski” na orkiestrę symfoniczną i kwartet jazzowy (prapremiera w Filharmonii Warszawskiej, 1975), „Maestoso Combinato”, „Czytanki muzyczne”, „G-man”. Bodaj najbardziej udaną, a jednocześnie najambitniejszą z kompozycji pisanych w tym nurcie była, ukończona w 2000 roku, „Altissimonica” na wielką orkiestrę symfoniczną i improwizujący saksofon altowy (autor wskazał tu Henryka Miśkiewicza jako solistę).
Niestrudzenie promuje kolejne pokolenia młodych muzyków. Spod jego skrzydeł wyszli tacy artyści, jak m.in.: Jacek i Wojciech Niedzielowie, Robert Majewski, Darek Oleszkiewicz, Kuba Stankiewicz, Bogdan Hołownia, Marcin Jahr, Marcin Wasilewski, Sławek Kurkiewicz, Michał Miśkiewicz, Michał Tokaj, Krzysztof Herdzin, Jacek Olter.
Zawsze poszukujący, niespokojny duch. Pełen szacunku dla jazzowej tradycji, wzór profesjonalizmu i mistrz instrumentalnej techniki nigdy nie przestał stawiać sobie nowych wyzwań. Nigdy też nie odrzucał nowych zjawisk w muzyce, czego przykładem może być choćby jego entuzjazm dla sceny yassowej (Miłość, Mazzoll, Tymon Tymański, Łoskot i inne).
Od początku lat 70. prowadzi na antenie III Programu PR cykliczny program „Trzy kwadranse jazzu”, na którym wychowało się już niejedno pokolenie słuchaczy. Wydał ogromną ilość płyt, z których wiele należy do kanonu polskiego jazzu.

Autor: Marek Romański
Źródło: HFiM 06/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Komentarze  

0 #1 Jolanta 2017 2017-08-06 17:20
Piękny artykuł o ciekawej osobie a teraz to same miernoty i tylko gołe dupy
Cytować | Zgłoś administratorowi